Jak wciskają nam drogi szmelc

  • Napisał  Grzegorz Jakubowski

Jak wciskają nam drogi szmelc

Spadek sprzedaży sprzętu komputerowego w obliczu kolejnych premier wymusza na dystrybutorach szukanie nowej taktyki przyciągania klientów. Jak nie dać się naciągnąć na zbędny wydatek?

O 2,4 proc. spadła światowa sprzedaż sprzętu komputerowego w pierwszym kwartale 2017 r. w stosunku do analogicznego okresu 2016 r. – wynika z opublikowanego w kwietniu raportu firmy analitycznej Gartner. Z wynikiem 62,2 mln sprzedanych urządzeń, to najgorszy kwartalny wynik od 2007 roku.

Nasycony rynek daje się we znaki dystrybutorom i pośrednikom, którym coraz trudniej znaleźć klientów na zalegający w magazynach sprzęt. Tym bardziej że co kilka miesięcy producenci prezentują nowe urządzenia i podzespoły.

Niestety – dla klientów – sytuacja nie przekłada się na widoczne obniżki cen sprzętu, a mniej zorientowanym wciskane są nowe produkty w swoich ubogich wersjach, za nieproporcjonalnie wysoką cenę.

Liczy się pudełko i zawartość

22 lata temu swoją premierę miał system operacyjny Windows 95. Jak informował „Washington Post”, gigantyczna kampania promocyjna miała kosztować Microsoft zawrotną kwotę 300 mln dolarów. Dość powiedzieć, że tylko za wykorzystanie utworu zespołu The Rolling Stones w filmie reklamowym „Start Me Up” firma Billa Gatesa miała zapłacić ok. 3 mln dolarów. Kampania okazała się strzałem w dziesiątkę i w połączeniu z rewolucyjnym na tamte czasy produktem zapewniła Microsoft dominację na rynku przez następne lata. Świat ogarnął wyścig technologii: zarówno w zakresie software (oprogramowania), jak i hardware (sprzętu) – dostępnego dla każdego. Producenci starali się oferować coraz bardziej wydajny sprzęt, jednocześnie nie odstraszając ceną potencjalnych klientów.

Dwanaście lat później Steve Jobs zaprezentował światu telefon iPhone. Urządzenie nie było specjalnie wydajne, a jego cena (500 USD) wywołała wybuch śmiechu ówczesnego szefa Microsoft Steve’a Ballmera. Telefon – a raczej towarzysząca mu kampania reklamowa – okazał się jednak sukcesem. Wydarzenie to udowodniło, że design, „opakowanie” ma również spore znaczenie.

Wymuszona rewolucja

Dziś premiery kolejnych produktów nie wzbudzają już takich emocji, co premiery Windowsa 95 czy pierwszego telefonu Apple. Producenci zorientowali się też, że wydajność i reklama to nie wszystko, ponieważ niewiele osób z ich grupy konsumenckiej, jest w stanie w pełni wykorzystać zastosowania i możliwości nowego sprzętu, a rynek jest coraz bardziej nasycony. Jednak narzucone tempo i nakłady sprawiały, że z decyzją o obniżeniu cen trudno im było się pogodzić.

Wyjściem z sytuacji stały się próby wywołania „rewolucyjnych” zmian, które mogłyby „zmusić” klientów do sięgnięcia po portfel. Niektóre okazywały się lepsze, inne gorsze. Format Blu-ray miał zastąpić DVD (które zastąpiło CD), jednak oprócz zastosowania przy zapisie filmów trudno wskazać segment rynku, gdzie cieszy się zainteresowaniem (a koszty związane z wykorzystaniem tego nośnika przegrywały z zastosowaniem przenośnych dysków i Internetem).

Microsoft zaczął wycofywać się ze wsparcia technicznego swoich starszych produktów, nakłaniając do przesiadania się na nowe wersje. Efekt? Tylko w Chinach aż 26,8 proc. użytkowników dalej korzysta z niewspieranego już Windowsa XP, a 57,8 proc. (według danych StatCounter) nie zgodziło się na bezpłatną aktualizację Windowsa 7 do najnowszej wersji.

Rok temu Apple przy okazji prezentacji nowego telefonu pozbył się powszechnie używanego na całym świecie portu słuchawkowego minijack. Chcący słuchać muzykę z telefonu musieli kupić nowe bezprzewodowe słuchawki lub przejściówkę. Sytuacja wywołała wśród konsumentów falę krytyki. W przejściówki musieli wyposażyć się również użytkownicy laptopów Apple, które od dłuższego czasu przestały być wyposażane w popularne złącza takie jak wejście HDMI. Niemniej jednak Apple, którego klienci zdążyli się przyzwyczaić do płacenia abstrakcyjnie wysokich kwot za sprzęt o wydajności wzbudzającej uśmiech konkurencji, mogło sobie na taki krok pozwolić.

Jednak drogą wyznaczoną przez Apple zaczęli podążać inni. Microsoft prezentując tydzień temu swoje laptopy Surface Pro, ujawnił, że produkty nie będą posiadały złącza USB-C. Nietrudno się domyślić, że przejściówki nie będą rozdawane za darmo.

Zaprezentowane tydzień temu laptopy HP (seria Envy 13) straciły względem modelów sprzed kilku miesięcy złącza HDMI (stosowane do przesyłania obrazu i dźwięku przy podłączeniu np. do telewizora czy monitora), a twardy dysk ma mieć pojemność tylko 128 GB (w stosunku do 256 GB w poprzednim modelu). Urządzenie otrzymało w zamian nowy design, a użytkownikom pozostało kupić przejściówki.

Ceny a wydajność

Zostańmy na chwilę przy HP. Słynący z produkcji urządzeń biznesowych i biurowych HP w 2015 r. podzielił firmę na dwie i skupił się na produkcji komputerów osobistych. Efekt? W I kwartale 2017 r., po 4 latach, firma odzyskała stracony na rzecz chińskiego Lenovo tytuł największego producenta komputerów osobistych. Rynek dosłownie zalały różnego typu produkty HP skierowane do zwykłych użytkowników.

Czy sytuacja ta jest jednak korzystna dla zwykłych klientów o innej niż fani Apple zasobności portfela lub priorytetach wydatków? Przyjrzyjmy się najnowszym modelom i ich starszym odpowiednikom, z tej samej serii.

Zaprezentowany tydzień temu laptop Envy 17 posiada najnowszy dwurdzeniowy procesor Intel i7 7500U, 16 GB pamięci RAM (DDR4) i kartę graficzną Nvidia GeForce 940MX. Kosztować ma ok. 6 tys. złotych. Cztery lata temu najnowszy wówczas model tej samej serii HP Envy 17 z czterordzeniowym procesorem Intel i7 4702MQ, 16 GB RAM (DDR3) i kartą graficzną Nvidia GT750M kosztował ok. 5 tys. złotych. W testach CPUBoss czy UserBenchmark procesory, które dzielą cztery lata, wypadają podobnie (a niekiedy starszy model wypada lepiej). Pod względem wydajności nowy model HP ciągnie do góry nowsza karta graficzna i zastosowanie nieco nowszego RAM. Czy to wystarczy, by posiadacz modelu sprzed 4 lat, kupił dziś nowy model, ponownie płacąc ponad 5 tys. złotych, przy niezbyt odczuwalnym skoku wydajności urządzenia?