Afera korupcyjna na Śląsku

Newsweek Polska Radosław Omachel

© photo: Adam Wójcicki / source: Newsweek

Spółka Restrukturyzacji Kopalń w dwóch ostatnich latach dostała od państwa 1,7 mld zł. Po zatrzymaniu jej wiceprezesa przez CBA warto przyjrzeć się temu, jak wydano te pieniądze.

Centrum handlowe Fashion House na granicy Sosnowca i Jaworzna przypomina trochę skandynawskie miasteczko. Kilkanaście dni temu na tutejszym parkingu umówili się wiceprezes Spółki Restrukturyzacji Kopalń Mirosław S. i szef kooperującej z nią firmy.

W trakcie spotkania Mirosław S. zainkasował od biznesmena 30 tys. zł. Obaj zostali złapani na gorącym uczynku przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego i decyzją sądu trzy najbliższe miesiące spędzą w areszcie. Śląsk i Zagłębie huczą od plotek. Dlaczego menedżer, zaprzyjaźniony z prominentnymi związkowcami i politykami PiS, wpadł akurat teraz? I czy zatrzymanie to koniec, czy też dopiero początek afery?

Spółka Restrukturyzacji Kopalń spółką jest głównie z nazwy. Owszem, ma zarząd, radę nadzorczą, publikuje nawet niektóre wyniki finansowe. Ale nie prowadzi działalności typowej dla spółek prawa handlowego.

Firmę powołano w 2000 roku jako kluczowe ogniwo programu restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Rząd Jerzego Buzka za cenę sowitych odpraw dla górników w ciągu czterech lat zmniejszył zatrudnienie w sektorze o sto tysięcy etatów. Do SRK trafiło kilka najmniej perspektywicznych i przeznaczonych do zamknięcia kopalń, między innymi Jan Kanty, Sosnowiec i Żory. Wszystko po to, żeby zdjąć z barków państwowych kombinatów węglowych koszty zamykania i likwidacji zakładów górniczych.

O przydzieleniu mieszkania z zasobów SRK albo jego sprzedaży decydowali związkowcy zaprzyjaźnieni z wiceprezesem Mirosławem S. – SRK przejmowała kopalnie lub ich część, zwykle bez pracowników, jedynie z niezbędną do utrzymania obsadą – wspomina Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie AWS-UW. – Zajmowała się demontowaniem sprzętu i podziemnej infrastruktury. To, co nadawało się do ponownego wykorzystania, trafiało do innych kopalń, a reszta na sprzedaż.

SRK narzucono także obowiązek odwadniania zamykanych kopalń. – Chodziło o to, by nie zalewały tych, które działają po sąsiedzku – tłumaczy Steinhoff. – Nie można tego zaniechać, będzie to więc trwało jeszcze przez dziesięciolecia.

Zasilana przez budżetową kroplówkę setkami milionów złotych SRK to studnia bez dna. W latach 2013-2014 dostawała od państwa co roku ponad ćwierć miliarda złotych dotacji, a także ponad 200 mln zł w postaci zwolnień podatkowych i ulg od różnego rodzaju opłat środowiskowych.

Razem z likwidowanymi kopalniami do SRK trafiły ich aktywa. W tym są tereny położone w obrębie miast, ale wymagające rekultywacji, górnicze ośrodki wypoczynkowe, a przede wszystkim tysiące zakładowych mieszkań na górniczych osiedlach.

SRK miała ten majątek stopniowo upłynniać. I robiła to, choć opieszale. – Większość przejętych przez SRK familoków i bloków jest w nie najlepszym stanie, a czynsze są stosunkowo wysokie. Poza tym mieszkania to dla SRK żyła złota – uważa były pracownik Spółki Restrukturyzacji Kopalń.

Rzeczywiście, jak podaje Witold Jajszczok, rzecznik SRK, przychody z działalności komercyjnej (czyli wszystkiego, na co firma nie dostaje budżetowych dotacji) wynosiły do 2015 r. nieco ponad 90 mln zł. Z tego prawie 70 mln zł to przychody z zarządzania mieszkaniami. Spółka Restrukturyzacji Kopalń była zatem przez półtorej dekady hybrydą spółdzielni mieszkaniowej i hojnie wspieranej przez państwo agencji do sprzątania po górniczych bankrutach, która jednocześnie dość regularnie wykazywała w sprawozdaniach finansowych niewielkie, kilkumilionowe zyski. Aż w branży węglowej nastąpił krach.

msn.com